Jak pewnie większość z Was wie i pamięta - jestem czołową Dolanohejterką ;-) Obraził mnie swoimi "Wyśnionymi miłościami" (porównywanymi, o zgrozo! do mojego ukochanego filmu Bertolucciego "Marzyciele"), zupełnie wkurzył swoim "Zabiłem moją matkę". Więcej szans nie dostał, bo nie chciałam się już nudzić i denerwować. Miałam go za irytującego gówniarza z totalnie wydumanymi problemami. I choć lubię w kinie tematykę LGBT, w jego wydaniu była ona dla mnie kompletnie niestrawna. Nie ceniłam go jako reżysera, nie bardzo chciałam mieć w ogóle z nim jeszcze do czynienia.
Do wczoraj.
Postanowiłam jednak jeszcze raz spróbować się do niego przekonać. Nie małe znaczenie miało tu ciągłe wiercenie dziury w brzuchu przez Filmowe Abecadło, który jest największym znanym mi fanem Dolana ever ;-) Miękka jestem, dałam się w końcu namówić. Czy żałuję?