Tim Burton to jeden z tych reżyserów, których wizje mnie przerażają i odpychają. To jeden z tych twórców, których filmy kompletnie mnie nie przekonują. I mimo wielu dawanych szans, zawsze kończyło się tak samo - zniechęceniem i obrzydzeniem - do filmu i do samej siebie, że po raz kolejny "dałam się nabrać".
Dlatego też właśnie zupełnie nie miałam w planach oglądania "Wielkich oczu". Nie śledziłam zapowiedzi, nie trzymałam ręki na pulsie, kiedy ma wejść do polskich kin. Jednak pod koniec roku 2014 zerknęłam na jakieś zdjęcie, na którym Amy Adams siedziała przy sztaludze, na innym Christopher Waltz miał ten charakterystyczny błysk w oku - i poczułam się kupiona. Wtedy już wiedziałam, że jednak Burton szansę dostanie. Bo skoro dostał ją ostatnio Dolan (i w pełni wykorzystał swoją "Mommy"!), to czemu wobec Tima miałabym być surowsza.