Przyznaję się bez bicia, że muzyka dla mnie zatrzymała się na latach 90tych. Nie słucham współczesnych wykonawców, nie śledzę ich karier, nie kibicuję nikomu młodemu. Postać Amy Winehouse była dla mnie więc trochę bezbarwna. Znałam ją jedynie jako mocno wytatuowaną celebrytkę, która pije, ćpa i przez paparazzich wiecznie przyłapywana jest na kolejnych imprezach. Gdy więc będąc na wakacjach dostałam od koleżanki SMSa z wiadomością o jej śmierci - obeszło mnie to tyle, co śmierć kolejnej "gwiazdeczki", która wykończyła się na własne życzenie.